Krzyczy: "Dość! Już nie dam rady!"
A mimo to, wstaję. Jak co dzień. Z ciężarem zmęczenia większym niż plecak mojego ucznia z pierwszej ławki. Wstaję, jakby zdjęta z krzyża. Wkładam maskę i ruszam — umyta, uczesana i uśmiechnięta.
Uśmiech numer 145.
Uśmiech numer 146.
A w głowie tylko jedno: "Zaraz wybuchnę."
Ale nie wybucham. Trzymam nerwy na wodzy. Bo przecież nie tylko dzieci „pracowe”. Bo przecież jeszcze dom, rodzina, obowiązki. Bo przecież „Ty tak z pasji pracujesz, prawda?”
Tak, z pasji.
Ale pasja też czasem krwawi.
Rok szkolny? A może maraton emocjonalny?
Ten rok miał być łatwiejszy. Serio. Tak sobie zawsze myślę, że ciężej już nie będzie. Że z takim stażem to już tylko z górki. A potem życie mówi: „Potrzymaj mi herbatkę.”
Egzamin na nauczyciela mianowanego? Och, dziękuję, świetnie, jeszcze tylko brakowało skakania przez płonące obręcze i recytowania Kodeksu Nauczyciela od tyłu.
Najpierw byłam zła — bardzo. Że muszę. Że ktoś mnie do tego zmusza. A ja przecież nie znoszę być zmuszana.
Lubię działać po swojemu. Spontanicznie. Autentycznie. Nie w ramkach Power Pointa.
Potem przyszedł stres. Komisja – pięć osób. Pięć par oceniających oczu, pięć potencjalnych krytyk. A ja tam, cała w emocjach, próbująca przekazać, że naprawdę dużo zrobiłam. Że jestem tu, nie dla punktów, tylko dla tych dzieciaków, dla ich rozwoju, śmiechu, trudnych rozmów i małych sukcesów.
Egzamin zdany.
Ale koszt? Olbrzymi.
Tryb przetrwania.
Nie było czasu na świętowanie. Czekałam na wyniki taty. W głowie tylko „co jeśli?”. Ciało w trybie walki. Adrenalina zamiast snu. Głowa cięższa z każdym dniem.
A kiedy przyszły dobre wieści ze szpitala — moje ciało wreszcie puściło.
Ale nie w euforii.
W bólu mięśni, w przeziębieniu, w totalnym odcięciu od świata. Jakby organizm powiedział: „Teraz moja kolej, żeby się zawiesić”.
I tak właśnie odpoczywam — ucząc się „jak być, a nie działać.”
Od nowego roku... z pasją do kawy?
Ostatnio usłyszałam, jak mama jednej z moich uczennic powiedziała do męża:
„To taka nauczycielka z pasji.”
Z pasji… Ciekawe, czy ta pasja obejmuje zostawanie po godzinach, tworzenie tony makulatury, dźwiganie emocji dzieci i ich rodziców, gaszenie pożarów wychowawczych i zmaganie się z ciągłym poczuciem niedocenienia.
Może od września postanowię pracować z pasją... do kawy.
Będę pić ją wolno. Z czekoladką. Bez dzwonka. Bez planu lekcji. Po prostu — z pasją do siebie.
I wiecie co?
Ja naprawdę kocham swoją pracę.
Ale zmęczona miłość też potrzebuje odpoczynku.
Nie chcę być bohaterką. Chcę być człowiekiem. Chcę powiedzieć czasem, że jestem słaba, nie wychodzi mi, jestem zmęczona i dajcie mi już wreszcie święty spokój.
Bo wbrew pozorom nie zawsze daję radę. I czasem muszę się zbierać z podłogi.
PS. Jeśli czytasz to jako rodzic — pamiętaj: za każdym uśmiechem nauczyciela może kryć się ogrom wysiłku, którego nie widać z drugiej strony drzwi sali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz