Uwaga z niczego. O powrotach do szkoły bez empatii
Dosłownie parę dni temu nauczyciele i uczniowie wrócili z przerwy świątecznej, która trwała 2,5 tygodnia. To był cudowny czas. Czas, na który wszyscy długo czekali. Ja chyba najbardziej, bo końcówka roku była dla mnie bardzo ciężka.
Dwa tygodnie długiego spania, siedzenia do późna, oglądania Netflix'a, grania na telefonie i komputerze, rodzinnych spotkań. Zatrzymanie. Oddech. Normalne życie bez dzwonków, ocen i presji. Myślę, że każdemu było ciężko wrócić – dorosłym i dzieciom. Dzieciom może nawet bardziej.
Po tak długiej przerwie trudno jest od razu wejść w szkolny rytm. Skupić się, wykonywać polecenia, „być gotowym do pracy”. Dlatego świadomie zorganizowałam łagodne wejście w ten szkolny wir. Potrzebowałam tego ja i moje dzieci. I szczerze wierzę, że każdy tego potrzebował.
I wtedy wydarzyło się to.
Jeden z „moich” chłopców dostał uwagę, bo nie chciał wykonać zadania na zajęciach indywidualnych. Pierwsze dni po powrocie. Po 2,5 tygodniach świątecznej laby. Serio?
Nie mieści się to w moich wyobrażeniach.
Czy naprawdę tak trudno wejść
w emocje dziecka?
Czy tak trudno domyślić się, że po długiej
przerwie może mu być po prostu ciężko się zebrać?
Czy tak
trudno obniżyć
wymagania w pierwszym dniu po wolnym?
Nie chodzi o brak zasad. Nie chodzi o pozwalanie na wszystko. Chodzi o uważność na kontekst. O zrozumienie, że dziecko to nie przełącznik, który po wakacjach czy świętach można jednym kliknięciem przestawić w tryb „działaj”.
Uwaga w takim momencie niczego nie uczy. Nie buduje odpowiedzialności ani motywacji. Uczy jedynie, że emocje nie mają znaczenia, a zmęczenie i trudność trzeba schować do kieszeni.
I naprawdę nie wiem – i do dziś
się nad tym zastanawiam – z kim jest coś nie tak.
Ze
mną?
Czy z panią, która uznała, że to najlepszy moment na
wpisanie uwagi?
Ja wybieram empatię.
Bo dzieci
wracają do szkoły nie tylko z plecakami, ale też z emocjami, które
potrzebują czasu, żeby się poukładać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz