środa, 4 lutego 2026

Codzienność, która się nie klika

 

Codzienność, która się nie klika

Dzień Kropki.
Dzień Żółwia.
Dzień Naleśnika.
Dzień Dinozaura.
I tak dalej, i tak dalej…

Patrzę na to wszystko i coraz częściej zadaję sobie jedno pytanie:
a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na codzienną, systematyczną pracę?
Tę zwykłą. Powtarzalną. Czasem wręcz syzyfową.

Podziwiam moje koleżanki po fachu. Naprawdę. Mają energię, pomysły, siłę na przygotowywanie pięknych aktywności. Wszystko jest dopracowane, estetyczne, takie, że „mucha nie siada”. Świetnie to wygląda na Facebooku i Instagramie. I nie ma w tym nic złego — to jest efekt pracy, zaangażowania i czasu.

Tylko że…

Codzienna praca tak nie wygląda

Zapewniam Was: codzienność terapeutyczna nie jest instagramowa.
Jest powtarzalna.
Jest żmudna.
Czasem bardzo męcząca.
Czasem odbiera nadzieję.
Czasem przynosi załamanie i zniechęcenie.

Czy to widać w internecie?
Nie.

W internecie nie ma miejsca na łzy, zmęczenie i frustrację. Nie ma miejsca na robienie czasem dokładnie tego samego dzień po dniu. Na ćwiczenie jednej umiejętności po raz setny. Na brak „efektu wow”.

Systematyczność się nie klika.
Klika się ładny filmik zrobiony w CapCut.

To nie jest atak. To jest wątpliwość.

I nie — to nie tak, że ja nie robię fajnych, klikających się aktywności. Robię. Często wrzucam coś na relacje albo w posta. Znam te mechanizmy i też z nich korzystam.

Ale coraz częściej łapię się na myśli:
czy tej energii nie lepiej byłoby użyć inaczej?
Czy nie lepiej poświęcić ją na naukę rzeczy naprawdę ważnych?
Czy nie lepiej uczyć umiejętności funkcjonalnych zamiast przygotowywać galaretki, makiety i inne – nazwijmy to wprost – pierdoły?

Bo są dzieci, które nie potrafią zareagować na słowo „stop”,
a w tym samym czasie spędzają kolejne zajęcia na mieszaniu kaszy.

Gdzie zgubiliśmy cel?

Coraz częściej mam wrażenie, że prześcigamy się w pokazywaniu atrakcyjnych aktywności. Kto ciekawiej. Kto bardziej kreatywnie. Kto zrobi ładniejsze zdjęcie. Kto nagra lepszą rolkę.

I w tym pędzie gdzieś po drodze gubimy sens.
Zapominamy o codziennej, systematycznej pracy terapeutycznej. O fundamentach. O tym, że rozwój to nie event, tylko proces.

Nie każdy postęp da się nagrać.
Nie każdą zmianę widać od razu.
Nie wszystko, co ważne, jest efektowne.

Ten tekst nie jest krytyką ludzi.
Jest refleksją nad kierunkiem, w którym czasem sami się pchamy — bo algorytmy, bo zasięgi, bo „tak trzeba”.

A może nie trzeba?

Może warto czasem wybrać nudę zamiast fajerwerków.
Powtarzalność zamiast atrakcji.
Konsekwencję zamiast efektu „wow”.

Bo dzieci nie potrzebują kolejnego Dnia Dinozaura.
Potrzebują dorosłych, którzy dzień po dniu uczą ich tego, co naprawdę pomoże im funkcjonować w świecie.

Nawet jeśli tego nie da się dobrze pokazać na Instagramie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nauka samodzielnego ubierania butów, czyli jak przestać być nadwornym zakładaczem obuwia

  No dobra. Powiedzmy sobie szczerze — ile razy dziennie zakładasz swojemu dziecku buty? Rano do przedszkola. Potem na spacer. Potem zno...