Codzienność, która się nie klika
Dzień Kropki.
Dzień Żółwia.
Dzień Naleśnika.
Dzień
Dinozaura.
I tak dalej, i tak dalej…
Patrzę na to wszystko i coraz częściej zadaję sobie jedno
pytanie:
a gdzie w tym wszystkim jest
miejsce na codzienną, systematyczną pracę?
Tę
zwykłą. Powtarzalną. Czasem wręcz syzyfową.
Podziwiam moje koleżanki po fachu. Naprawdę. Mają energię, pomysły, siłę na przygotowywanie pięknych aktywności. Wszystko jest dopracowane, estetyczne, takie, że „mucha nie siada”. Świetnie to wygląda na Facebooku i Instagramie. I nie ma w tym nic złego — to jest efekt pracy, zaangażowania i czasu.
Tylko że…
Codzienna praca tak nie wygląda
Zapewniam Was: codzienność terapeutyczna nie jest
instagramowa.
Jest powtarzalna.
Jest
żmudna.
Czasem bardzo męcząca.
Czasem odbiera
nadzieję.
Czasem przynosi załamanie i zniechęcenie.
Czy to widać w internecie?
Nie.
W internecie nie ma miejsca na łzy, zmęczenie i frustrację. Nie ma miejsca na robienie czasem dokładnie tego samego dzień po dniu. Na ćwiczenie jednej umiejętności po raz setny. Na brak „efektu wow”.
Systematyczność się nie klika.
Klika się
ładny filmik zrobiony w CapCut.
To nie jest atak. To jest wątpliwość.
I nie — to nie tak, że ja nie robię fajnych, klikających się aktywności. Robię. Często wrzucam coś na relacje albo w posta. Znam te mechanizmy i też z nich korzystam.
Ale coraz częściej łapię się na myśli:
czy tej
energii nie lepiej byłoby użyć inaczej?
Czy nie
lepiej poświęcić ją na naukę rzeczy naprawdę ważnych?
Czy
nie lepiej uczyć umiejętności funkcjonalnych zamiast przygotowywać
galaretki, makiety i inne – nazwijmy to wprost – pierdoły?
Bo są dzieci, które nie potrafią zareagować na słowo
„stop”,
a w tym samym czasie spędzają kolejne
zajęcia na mieszaniu kaszy.
Gdzie zgubiliśmy cel?
Coraz częściej mam wrażenie, że prześcigamy się w pokazywaniu atrakcyjnych aktywności. Kto ciekawiej. Kto bardziej kreatywnie. Kto zrobi ładniejsze zdjęcie. Kto nagra lepszą rolkę.
I w tym pędzie gdzieś po drodze gubimy sens.
Zapominamy o
codziennej, systematycznej pracy terapeutycznej. O fundamentach. O
tym, że rozwój to nie event, tylko proces.
Nie każdy postęp da się nagrać.
Nie każdą zmianę widać
od razu.
Nie wszystko, co ważne, jest efektowne.
Ten tekst nie jest krytyką ludzi.
Jest refleksją
nad kierunkiem, w którym czasem sami się pchamy — bo
algorytmy, bo zasięgi, bo „tak trzeba”.
A może nie trzeba?
Może warto czasem wybrać nudę zamiast
fajerwerków.
Powtarzalność zamiast atrakcji.
Konsekwencję
zamiast efektu „wow”.
Bo dzieci nie potrzebują kolejnego Dnia Dinozaura.
Potrzebują
dorosłych, którzy dzień po dniu uczą ich tego,
co naprawdę pomoże im funkcjonować w świecie.
Nawet jeśli tego nie da się dobrze pokazać na Instagramie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz