wtorek, 17 lutego 2026

Ale tam nic nie ma !

 „Ale tam nic nie ma” — i właśnie dlatego warto tam pójść

Czasem w rozmowach z rodzicami mówię, że największą wartość terapeutyczną ma coś bardzo prostego: wspólny spacer całej rodziny. Nie zajęcia dodatkowe, nie sala zabaw, nie kolejna atrakcja z listy „must see”. Po prostu spacer — do lasu, na łąkę, na rowery.

Kiedy zaproponowałam rodzinny wypad na Bagna Przecławskie, usłyszałam odpowiedź:

„Ale tam nic nie ma!”

I pomyślałam: dla dorosłych — być może.

Ale dla dzieci?

Patyki. Kamyki. Drzewa. Błoto. Szyszki.

Szelest liści. Zapach ziemi. Owad na dłoni.

Wyobraźnia.

Świat przepełniony bodźcami

Współczesne dzieci żyją w rzeczywistości, która nigdy wcześniej nie była tak intensywna. Kolorowe zabawki, grające książeczki, świecące ekrany, zajęcia po zajęciach, plan po planie.

W dobrej wierze — chcemy im zapewnić rozwój, radość i możliwości.

Ale układ nerwowy dziecka nie potrzebuje ciągłej stymulacji.

Potrzebuje też… odpoczynku.

Las jest jednym z niewielu miejsc, które niczego od dziecka nie oczekują.

Nie każe reagować.

Nie wymaga wyniku.

Nie nagradza punktami.

Po prostu jest.

Nuda, która karmi rozwój

Dorosły w lesie może zobaczyć „brak atrakcji”.

Dziecko widzi przestrzeń do tworzenia.

To tam powstają:

miecze z patyków

bazy z gałęzi

rzeki z piasku

historie wymyślane na bieżąco

Nuda nie jest pustką.

Nuda jest miejscem, w którym zaczyna działać wyobraźnia.

Dziecko, które nie dostaje gotowej zabawy, zaczyna ją tworzyć.

A to jedna z najważniejszych kompetencji w życiu — samodzielne generowanie aktywności i pomysłów.

Odpoczynek także dla rodzica

Presja bycia „dobrym rodzicem” bywa dziś ogromna.

Planowanie atrakcji, organizowanie czasu, wyszukiwanie rozwojowych aktywności.

Las zdejmuje z nas ten ciężar.

Nie trzeba animować.

Nie trzeba zabawiać.

Nie trzeba ciągle proponować.

Można po prostu iść obok dziecka.

Oddychać.

Milczeć.

Być.

Często to właśnie tam pojawiają się najlepsze rozmowy — takie, które w domu się nie wydarzą.

„Nic” jako przestrzeń relacji

Paradoksalnie, miejsca bez atrakcji najczęściej budują więź.

Bo gdy nie ma bodźców konkurujących o uwagę — zostajemy ze sobą.

Dziecko nie patrzy w ekran.

Rodzic nie myśli o zadaniach.

Nie ma pośpiechu.

Jest wspólny czas.

Może nie musi być fajerwerków

Przywykliśmy do przekonania, że dobry dzień z dzieckiem to dzień pełen wydarzeń.

A przecież najważniejsze wspomnienia często są najprostsze.

Spacer.

Kanapka na kocu.

Ciepła herbata z termosu.

Patyk znaleziony „ten jedyny”.

Może naprawdę nie musimy się aż tak starać.

Może:

💚las

💚natura

💚spokój

💚cisza

wystarczą.

A czasem są nawet lepsze.

Więc następnym razem, gdy pojawi się myśl:

„Ale tam nic nie ma” —

warto się zatrzymać.

Bo czasem właśnie tam jest najwięcej.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Syzyfowe prace

Syzyfowa praca – kilka myśli z codzienności terapeuty i nauczyciela

Są dni, które zostają w człowieku na dłużej.

Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego, ale dlatego, że wydarzyło się zbyt wiele.

Po latach pracy można odnieść wrażenie, że niewiele jest już w stanie mnie zaskoczyć. A jednak codzienność w gabinecie czy w szkole potrafi przynieść sytuacje, które poruszają głębiej, niż byśmy chcieli.

Dziecko, które mierzy się z emocjami, na które nie zawsze jest gotowe. Treści, bodźce, oczekiwania — często większe, niż pozwala na to etap rozwoju. Rozmowy, w których próbujesz delikatnie zwrócić uwagę, zaproponować więcej czasu, więcej przestrzeni na dojrzewanie, na naukę regulacji zachowań i emocji.

W gabinecie bywa głośno. Bywa trudno. Czasem pojawia się złość, frustracja, impulsywność. A ty jesteś tą osobą, która musi to pomieścić. Zachować spokój. Być stabilna. Nawet wtedy, gdy ciało reaguje napięciem, a emocje domagają się uwagi.

To jest właśnie ta mniej widoczna strona pracy terapeuty i nauczyciela.

Ta, o której rzadko mówi się głośno.

Na zewnątrz wszystko wygląda spokojnie. Profesjonalnie. „Z powołania”.

W środku często toczy się cicha walka o równowagę, o granice, o własny dobrostan.

I wtedy przychodzi myśl, pół żartem, pół serio — że praca, w której nic już nie zaskakuje, byłaby czasem prostsza. 

Bo ta praca bywa syzyfowa.

Wymaga cierpliwości, powrotów do tych samych tematów, powolnych kroków i zgody na to, że efekty nie zawsze są natychmiastowe — a czasem w ogóle niewidoczne.

I żeby nie było... Nie narzekam.

Po prostu czasem tak jest. 

Jeśli pracujesz z dziećmi, młodzieżą, rodzinami — być może odnajdziesz tu kawałek siebie. A jeśli jesteś rodzicem — może to będzie zaproszenie do spojrzenia na tę relację z drugiej strony, z większą uważnością i łagodnością dla wszystkich zaangażowanych.

Dziś tyle.

Czasem samo wypowiedzenie tego, co trudne, jest już małym krokiem w stronę równowagi.

środa, 4 lutego 2026

Codzienność, która się nie klika

 

Codzienność, która się nie klika

Dzień Kropki.
Dzień Żółwia.
Dzień Naleśnika.
Dzień Dinozaura.
I tak dalej, i tak dalej…

Patrzę na to wszystko i coraz częściej zadaję sobie jedno pytanie:
a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na codzienną, systematyczną pracę?
Tę zwykłą. Powtarzalną. Czasem wręcz syzyfową.

Podziwiam moje koleżanki po fachu. Naprawdę. Mają energię, pomysły, siłę na przygotowywanie pięknych aktywności. Wszystko jest dopracowane, estetyczne, takie, że „mucha nie siada”. Świetnie to wygląda na Facebooku i Instagramie. I nie ma w tym nic złego — to jest efekt pracy, zaangażowania i czasu.

Tylko że…

Codzienna praca tak nie wygląda

Zapewniam Was: codzienność terapeutyczna nie jest instagramowa.
Jest powtarzalna.
Jest żmudna.
Czasem bardzo męcząca.
Czasem odbiera nadzieję.
Czasem przynosi załamanie i zniechęcenie.

Czy to widać w internecie?
Nie.

W internecie nie ma miejsca na łzy, zmęczenie i frustrację. Nie ma miejsca na robienie czasem dokładnie tego samego dzień po dniu. Na ćwiczenie jednej umiejętności po raz setny. Na brak „efektu wow”.

Systematyczność się nie klika.
Klika się ładny filmik zrobiony w CapCut.

To nie jest atak. To jest wątpliwość.

I nie — to nie tak, że ja nie robię fajnych, klikających się aktywności. Robię. Często wrzucam coś na relacje albo w posta. Znam te mechanizmy i też z nich korzystam.

Ale coraz częściej łapię się na myśli:
czy tej energii nie lepiej byłoby użyć inaczej?
Czy nie lepiej poświęcić ją na naukę rzeczy naprawdę ważnych?
Czy nie lepiej uczyć umiejętności funkcjonalnych zamiast przygotowywać galaretki, makiety i inne – nazwijmy to wprost – pierdoły?

Bo są dzieci, które nie potrafią zareagować na słowo „stop”,
a w tym samym czasie spędzają kolejne zajęcia na mieszaniu kaszy.

Gdzie zgubiliśmy cel?

Coraz częściej mam wrażenie, że prześcigamy się w pokazywaniu atrakcyjnych aktywności. Kto ciekawiej. Kto bardziej kreatywnie. Kto zrobi ładniejsze zdjęcie. Kto nagra lepszą rolkę.

I w tym pędzie gdzieś po drodze gubimy sens.
Zapominamy o codziennej, systematycznej pracy terapeutycznej. O fundamentach. O tym, że rozwój to nie event, tylko proces.

Nie każdy postęp da się nagrać.
Nie każdą zmianę widać od razu.
Nie wszystko, co ważne, jest efektowne.

Ten tekst nie jest krytyką ludzi.
Jest refleksją nad kierunkiem, w którym czasem sami się pchamy — bo algorytmy, bo zasięgi, bo „tak trzeba”.

A może nie trzeba?

Może warto czasem wybrać nudę zamiast fajerwerków.
Powtarzalność zamiast atrakcji.
Konsekwencję zamiast efektu „wow”.

Bo dzieci nie potrzebują kolejnego Dnia Dinozaura.
Potrzebują dorosłych, którzy dzień po dniu uczą ich tego, co naprawdę pomoże im funkcjonować w świecie.

Nawet jeśli tego nie da się dobrze pokazać na Instagramie.

Nauka samodzielnego ubierania butów, czyli jak przestać być nadwornym zakładaczem obuwia

  No dobra. Powiedzmy sobie szczerze — ile razy dziennie zakładasz swojemu dziecku buty? Rano do przedszkola. Potem na spacer. Potem zno...