Syzyfowa praca – kilka myśli z codzienności terapeuty i nauczyciela
Są dni, które zostają w człowieku na dłużej.
Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego, ale dlatego, że wydarzyło się zbyt wiele.
Po latach pracy można odnieść wrażenie, że niewiele jest już w stanie mnie zaskoczyć. A jednak codzienność w gabinecie czy w szkole potrafi przynieść sytuacje, które poruszają głębiej, niż byśmy chcieli.
Dziecko, które mierzy się z emocjami, na które nie zawsze jest gotowe. Treści, bodźce, oczekiwania — często większe, niż pozwala na to etap rozwoju. Rozmowy, w których próbujesz delikatnie zwrócić uwagę, zaproponować więcej czasu, więcej przestrzeni na dojrzewanie, na naukę regulacji zachowań i emocji.
W gabinecie bywa głośno. Bywa trudno. Czasem pojawia się złość, frustracja, impulsywność. A ty jesteś tą osobą, która musi to pomieścić. Zachować spokój. Być stabilna. Nawet wtedy, gdy ciało reaguje napięciem, a emocje domagają się uwagi.
To jest właśnie ta mniej widoczna strona pracy terapeuty i nauczyciela.
Ta, o której rzadko mówi się głośno.
Na zewnątrz wszystko wygląda spokojnie. Profesjonalnie. „Z powołania”.
W środku często toczy się cicha walka o równowagę, o granice, o własny dobrostan.
I wtedy przychodzi myśl, pół żartem, pół serio — że praca, w której nic już nie zaskakuje, byłaby czasem prostsza.
Bo ta praca bywa syzyfowa.
Wymaga cierpliwości, powrotów do tych samych tematów, powolnych kroków i zgody na to, że efekty nie zawsze są natychmiastowe — a czasem w ogóle niewidoczne.
I żeby nie było... Nie narzekam.
Po prostu czasem tak jest.
Jeśli pracujesz z dziećmi, młodzieżą, rodzinami — być może odnajdziesz tu kawałek siebie. A jeśli jesteś rodzicem — może to będzie zaproszenie do spojrzenia na tę relację z drugiej strony, z większą uważnością i łagodnością dla wszystkich zaangażowanych.
Dziś tyle.
Czasem samo wypowiedzenie tego, co trudne, jest już małym krokiem w stronę równowagi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz