Zauważyłam pewien wzorzec. Powtarza się w kilku zupełnie różnych obszarach życia. Za każdym razem działamy tak samo.
Zdrowie
Do lekarza idziemy, gdy boli. Nie po to, żeby zapobiec bólowi. Profilaktyka istnieje w teorii. W praktyce włączamy ją dopiero, gdy coś już szwankuje.
Zasady i normy
Pilnujemy ich, gdy "coś zaczyna się sypać". Nie na co dzień. Wiemy, jak postępować. Wiemy, co trzeba robić. A mimo to trzymamy się tego dopiero wtedy, gdy widzimy konsekwencje ich braku.
Wiara
Kiedy mój dziadek zaczął chorować, zauważyłam coś jeszcze. Im wyższe piętro w szpitalu, tym więcej Boga. Więcej obrazków z podobiznami Jezusa, Maryi i świętych. Im poważniejszy oddział, tym więcej znaków wiary. Na niższych piętrach - ślady, pojedyncze akcenty. Na oddziale paliatywnym - obrazki i różańce przy każdym łóżku, w każdej sali.
Kiedy jest zdrowie, nie myślimy o Bogu. Bo jest dobrze. Wiara gęstnieje razem z powagą sytuacji.
Wychowanie dzieci
Ten sam wzorzec widzę w pracy z dziećmi. Reagujemy, gdy zachowanie już eskaluje. Rozmawiamy o emocjach, gdy dziecko już płacze albo krzyczy. Uczymy zasad w momencie, gdy są łamane, zamiast wcześniej, zanim będzie okazja je złamać.
Profilaktyka w wychowaniu wygląda inaczej niż interwencja. To nie jest "co zrobić, gdy dziecko już się złości", tylko "jak zorganizować dzień, żeby złość rzadziej się pojawiała". To nie jest "jak reagować na agresję", tylko "jakie warunki sprawiają, że dziecko w ogóle nie musi po nią sięgać".
Problem w tym, że profilaktyka jest niewidoczna. Kiedy działa, nic się nie dzieje - i to jest jej cały sukces. Nikt nie chwali dnia bez kryzysu. Nikt nie zauważa ustrukturyzowanej rutyny, która zapobiegła przeciążeniu. Widzimy tylko kryzysy, więc uczymy się reagować na kryzysy, nie na ich brak.
I znowu to samo pytanie: dlaczego łatwiej nam gasić pożar niż go nie wznieć? Może dlatego, że efekt interwencji jest natychmiastowy i widoczny, a efekt profilaktyki - odroczony i niewidzialny. Nagradzamy się za gaszenie, nie za to, że nic nie spłonęło.
W każdym z tych obszarów działamy reaktywnie, nie prewencyjnie. Uruchamiamy pełną czujność dopiero pod presją. W spokoju - odpuszczamy.
Może dlatego, że łatwiej reagować na stratę, która już się dzieje, niż wyobrazić sobie stratę, która dopiero może nadejść. Działanie prewencyjne wymaga wysiłku wyobraźni. Reakcja na kryzys nie wymaga niczego - kryzys sam mówi, co robić.
Nie wiem, czy stała czujność w ogóle jest czymś, do czego warto dążyć. Może naprzemienność spokoju i mobilizacji jest naturalna. Może nawet zdrowsza niż permanentne napięcie.
Ale warto zauważyć ten wzorzec. Chociażby po to, żeby świadomie wybierać, kiedy działamy z rozpędu kryzysu, a kiedy z wyboru.
Ale warto zauważyć ten wzorzec. Chociażby po to, żeby świadomie wybierać, kiedy działamy z rozpędu kryzysu, a kiedy z wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz