Maj był dla mnie miesiącem gotowości szkolnej. Rozmawiałam z panią dyrektor przedszkola, z nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej,a także z fantastyczną terapeutką, pisałam o emocjach, samodzielności, formach kształcenia i o tym co się dzieje z dziećmi, które w szkole tylko przetrwają.
Chcę podsumować ten miesiąc. Taką refleksją. Bo to temat, który dotyczy każdego rodzica i każdego dziecka.
Gotowość szkolna to nie test.
Przez lata funkcjonuje przekonanie, że gotowość szkolna to sprawdzian. Że dziecko albo zdaje – albo nie. Że jest gotowe – albo nie jest.
To nieprawda.
Gotowość szkolna to obraz całego dziecka. Jego emocji, samodzielności, relacji z rówieśnikami, sposobu radzenia sobie z trudnościami, umiejętności komunikowania potrzeb. To nie jest wynik testu z liter i cyfr. To złożony obraz tego, czy dziecko jest gotowe funkcjonować w nowym, wymagającym środowisku – i czy to środowisko jest gotowe na nie.
I właśnie to drugie pytanie zadajemy zbyt rzadko.
Każde dziecko ma inną ścieżkę.
Jedno dziecko jest gotowe na szkołę w wieku siedmiu lat. Inne potrzebuje roku więcej. Jeszcze inne potrzebuje innej formy kształcenia – mniejszej grupy, innego tempa, bardziej zindywidualizowanego podejścia.
Obie – a właściwie wszystkie te drogi – mogą prowadzić do tego samego miejsca. Do dziecka, które się uczy, rozwija, buduje relacje i czuje się w szkole bezpiecznie.
Nie ma jednej dobrej ścieżki. Jest ścieżka odpowiednia dla konkretnego dziecka.
Problem pojawia się wtedy gdy zaczynamy porównywać. Gdy patrzymy na sąsiada, na kuzynkę, na dzieci z grupy przedszkolnej. Gdy decyzja o roku więcej w przedszkolu staje się tematem przy rodzinnym stole. Gdy dziecko czuje, że jest „gorsze" bo pójdzie do szkoły rok później.
Porównanie jest wrogiem dobrej decyzji edukacyjnej.
Decyzje edukacyjne nie są o ambicjach dorosłych.
To zdanie chcę napisać wprost. Bo widzę to zbyt często.
Rodzic, który chce żeby dziecko poszło do szkoły razem z rówieśnikami – bo tak wypada.
Rodzic, który wybiera klasę integracyjną zamiast specjalnej – bo tak lepiej brzmi.
Rodzic, który rezygnuje z diagnozy – bo boi się etykiety.
Rozumiem te lęki. Naprawdę. Ale decyzje edukacyjne, które wynikają z potrzeb dorosłych, a nie z potrzeb dziecka – bardzo często kończą się tym, że dziecko płaci za nie wysoką cenę.
Pytanie, które warto sobie zadać przed każdą decyzją edukacyjną brzmi:
Dla kogo tak naprawdę podejmuję tę decyzję?
Szkoła, w której dziecko tylko przetrwa – to za mało.
Pisałam o tym w poprzednim wpisie. Ale chcę do tego wrócić bo to jest sedno całego miesiąca.
Nie szukajmy dla dzieci szkół, w których „dadzą radę". Szukajmy szkół w których będą mogły się rozwijać. W których będą bezpieczne. W których ich trudności zostaną zauważone – a nie zignorowane dlatego, że dziecko jakoś funkcjonuje.
Przetrwanie to nie sukces. Rozwój – to sukces.
Co zabieram z tego miesiąca?
Rozmowy które przeprowadziłam – z panią dyrektor, z panią Marlenką i Ewą– utwierdziły mnie w przekonaniu, że temat gotowości szkolnej wymaga więcej przestrzeni niż jeden post czy jedna rozmowa.
Że rodzice potrzebują nie tylko informacji – ale przede wszystkim perspektywy. Że to nie jest wyścig. Że nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Że najważniejsze jest dziecko – nie kalendarz, nie oczekiwania, nie opinia sąsiadki.
Najważniejsze nie jest to, żeby dziecko jak najszybciej poszło do szkoły.
Najważniejsze jest to, żeby miało szansę dobrze w niej funkcjonować.
Dziękuję że byłaś ze mną przez cały ten miesiąc. 

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz